Ponieważ posoborowe księgi liturgiczne posługują się często z lubością terminem "lectio continua", wzniosę je w mojej osobistej duchowości na nieco wyższy poziom praktycznego zaaplikowania tego pojęcia w życiu doczesnym i wiecznym.
Wydaje się bowiem, że życia doczesnego i wiecznego dotyczy bowiem perykopa ewangelii z poprzedniej niedzieli (Mk 10, 17-30).
O czym ona jest? O młodzieńcu, który zachowuje wszystkie przykazania od swojej młodości, a chce osiągnąć zbawienie. Młodzieniec ten przychodzi do Chrystusa Pana, Boga Żywego, który stąpa po ziemi i mieszka wśród innych ludzi. Chrystus Pan mu odpowiada: "Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną".
Współcześni teologowie rozpisują się w czasopismach teologicznych, a kaznodzieje wygłaszają w kościołach homilie, na czymże to chrystusowe, ewangeliczne ubóstwo - "ubóstwo w duchu" - polega. Podnoszą, że: na braku przywiązania do materialnej własności, na nieprzesłanianiu Boga karierą, pracą, dziećmi (to autentyczny przykład z kazania użyty w tłumaczeniu tego fragmentu chrystusowej wypowiedzi, jakoby ludzie ubodzy materialnie, niekoniecznie będą ubogimi w duchu - ubogimi ewangelicznie).
Tak jest w Kościele Rzymskokatolickim w przeważającej i znanej mi (tzn. takiej, z którą się zetknąłem) części kapłanów.
Konkluzja oddzielania ubóstwa materialnego od ubóstwa "w duchu", ubóstwa ewangelicznego - jakże by inaczej - to konkluzja na temat widocznego przykładu protestantyzacji kleru i modernizowania (tak, tak - zwłaszcza w kontekście ewolucji dogmatów) teologii, którą przyniósł Chrystus Pan.
W pierwotnych odłamach protestanckich, wkradł się, nazwijmy to kolokwialnie, "błąd celnika". Protestantyzm zaakceptował, że ktoś może być bogaty, a Bóg i tak przeznaczył go do Królestwa Niebieskiego (zwłaszcza w nauczaniu Jana Kalwina). Należy więc uzewnętrzniać swoje "ubóstwo duchowe" zwłaszcza praktykami ascetycznymi, tak aby dojść do subiektywnego przekonania, że robi się wszystko co możliwe, by udowodnić, że jest się wybranym przez Boga. Oczywiście, to przekonanie czerpie z Pelagiusza, podobne błędy, nieco korygowane, później popełnił także Blaise Pascal. Stąd "bogaci asceci" i "surowy" kalwinizm pod względem praktyk pobożnościowych, wpłynął w interesujący sposób na kulturę części zachodniej Europy (purytanizm, prezbiterianizm).
Późniejsze, postpentekostalne ruchy przebudzeniowe protestantyzmu całkowicie odwróciły rozumienie ubóstwa ewangelicznego, zamieniając je w praktyce na "obfitość finansową". Wg nauczania reprezentowanego przez te ruchy, obfitość finansowa, powodzenie materialne w życiu to łaska zesłana od Boga.
Ubóstwo ewangeliczne (ubóstwo w duchu) to ubóstwo materialne par excellence. To nie posiadanie niczego materialnego, a posiadanie dóbr duchowych, czyli pójście za Chrystusem. Nie da się iść za Chrystusem i słuchać Słowa Bożego, posiadając. O tym wszak jest wymieniony fragment Ewangelii.
Cała ewangelia jest głoszona ubogim. Ubodzy posiądą ziemię na własność, ale w życiu przyszłym. W życiu przyszłym bowiem wszystko co Ojca, do nich należy.
Chrystus rodzi się w stajence i nie posiada niczego. Józef był człowiekiem ubogim. Chrystus żył w ubóstwie i nie miał nawet mieszkania. Nie bez przyczyny w historii chrześcijaństwa powstały, z samotniczych form życia w ubóstwie, zakony żebrzące.
Chcesz iść za Chrystusem? Masz stać się żebrakiem. Dotyczy to każdego chrześcijanina bez wyjątku. To nie jest tak, że zakonnikom składającym śluby ubóstwa przysługuje jakaś szczególna forma tego ubóstwa, inna od zobowiązania płynącego z bycia chrześcijaninem wobec każdego z nas. Czy też - że zakonnikom przez to jest po ludzku łatwiej. Śluby ubóstwa udzielają zakonnikom specjalnej łaski, ale jest to łaska nadprzyrodzona, nieodczuwalna fizycznie. Jest to dar duchowy. Formalnie zaś ślub wiele porządkuje i jest także prawno-kanonicznym zobowiązaniem. Pod tym względem, owszem, zakonnikom o wiele łatwiej ten ślub wypełnić.
Dla wszystkich jednak chrześcijan ubóstwo to cel na drodze zbawienia. Każdy chrześcijanin w życiu doczesnym, tu na ziemi, który spotkał Chrystusa i wyznał wobec Niego, że wszystkich przykazań przestrzega, nawet od swojej młodości, powinien sprzedać wszystko co ma i mienie swoje rozdać ubogim.
To wezwanie do upłynnienia majątku to środek. Dla kogoś, kto ma dzieci, decyzja taka może być trudna. Trzeba więc zgodzić się z teologami i egzegetami tego fragmentu od dawna wskazującymi, że dla każdego, według jego stanu, ten środek jest inny. Młodzieniec ów znany z przywołanego fragmentu ewangelii, nie był człowiekiem powołanym do życia w małżeństwie i założenia rodziny, stąd Chrystus polecił mu środek typowy dla zakonnika.
Środki prowadzące do ubóstwa powinny być godziwe. Nie powinny sprzeciwiać się Przykazaniom Bożym. Nie można trwonić majątku angażując się w hazard, przykładowo. Myślę, że to wątpliwości nie budzi.
Fundamentalne pytanie, które nurtuje przy lekturze tego tekstu, to pytanie, czy moralnym jest pomnażanie majątku?
Ewangelista nie podaje, czy młodzieniec "dorobił" się swoich posiadłości, czy też je odziedziczył. Fakt, że mowa jest o młodym człowieku świadczy raczej o tym, że odziedziczył. Wielkie majątki są gromadzone przez pokolenia, bądź "dorabiają się" ich raczej ludzie w wieku bardziej zaawansowanym. Nie ma bogatej młodzieży, która sama zarobiłaby tyle, by mieć jakiekolwiek posiadłości, i w historii nigdy to nie występowało. I, biorąc pod uwagę naukowe prawa ekonomii, to nie wystąpi. Błędem jest zatem przywoływanie w kazaniach okoliczności, jakoby wspomniany młodzieniec był "sprawiedliwym nowobogackim". Raczej posiadane posiadłości po prostu odziedziczył.
Ale co z ludźmi, którzy przestrzegają przykazań, a po prostu chcą zarabiać pieniądze, czy to pracując, czy pomnażając majątek, by mieć godziwe warunki mieszkaniowe i mieć co jeść?
Rezonuje w człowieku ewangeliczne: "nie troszczcie się zbytnio...".
I skoro w jutrzejszej ewangelii Chrystus powie już do tych, co za nim poszli, co sprzedali swoje majątki i ubogim jest rozdali: "Wiecie, że ci, którzy uchodzą za władców narodów, uciskają je, a ich wielcy dają im odczuć swą władzę. Nie tak będzie między wami. Lecz kto by między wami chciał się stać wielkim, niech będzie sługą waszym.", i słowa te traktowane są dosłownie, jako wykładnik prawdziwej, chrześcijańskiej polityki, to dlaczego nie jest to traktowane dosłownie w kwestii troski o ubogich, która powinna płynąć z wyzbywania się majątku własnego?
Na przeszkodzie nawet nie stoi chciwość, bo to jest zaprzeczeniem Bożych Przykazań, jest wadą, a nie cnotą. Na przeszkodzi stoi to, co towarzyszy owemu bezimiennemu młodzieńcowi z ewangelii: smutek. On spochmurniał na słowa Chrystusa.
Jako katolicy mamy być ubodzy. Powinniśmy tak gospodarować naszymi dobrami, by zaspokajać potrzeby innych ubogich (nawet kosztem własnego majątku), a przy tym - w pełni oddać się Chrystusowi. Same Przykazania Boże nie wystarczą. Potrzebne jest takie kochanie (miłowanie) innych ludzi, jak Chrystus ukochał (umiłował nas). Potrzebne jest oddawanie życia (całego) za życie innych. Tylko to odróżni nas, wierzących w Chrystusa, od innych ludzi, którzy w niego nie wierzą. Można praktykować Dekalog, czynią to i Żydzi, i Muzułmanie. Czynią to też niewierzący (może poza trzema pierwszymi przykazaniami). I co z tego? Nauka Chrystusa to coś więcej. To wyjście poza nieprzystające do Nieba ramy Starego Testamentu, kiedy zbawienie zostało przewidziane tylko dla ludzi będących najbliżej Boga.
To od czasu zejścia Chrystusa na ziemię, co ponawia się w każdej Mszy św., nastąpiła "pełnia czasów". Ta pełnia czasów to otwarte Niebo i sprawiedliwość dla sprawiedliwych. Chrystus usprawiedliwia tych, którzy za Nim idą, a czyni to na Krzyżu. My, chrześcijanie, zanurzamy się w Jego śmierci i stajemy się współukrzyżowani. Chrzest św. jest wyrazem naszego dążenia do troski o ubogich, których Chrystus chce mieć u siebie. Bądźmy jego ramionami rozciągniętymi na krzyżu wobec ubogich, bo tylko tak osiągniemy zbawienie. Same Przykazania nie wystarczą.
Lepiej zatem nie pomnażać otrzymanego majątku. Lepiej go nie zachowywać dla siebie.
Jeśli odziedziczyłeś, Czytelniku, majątek jak ewangeliczny młodzieniec, a Przykazań Pana przestrzegasz od swego nawrócenia, to nie zachowuj tego majątku dla siebie. Nie zatrudniaj ludzi, aby go pomnażać. Sprawdź, czy wystarczająco troszczysz się wykorzystując ten majątek o ubogich. Być może, jeśli nie masz rodziny, powinieneś go sprzedać.
A jeśli masz rodzinę i potrzebujesz go do jej utrzymania, to nie popełniaj błędów swoich przodków, którzy być może pomarli i nie ma dla nich nadziei. Rozdaj go ubogim - według porządku miłości - czyli swoim dzieciom, by wystarczyło im do utrzymania, a swoje całe utrzymanie rozdaj pozostałym ubogim, abyś miał życie wieczne i posiadłości w życiu przyszłym. I nie dopuść do tego, by twe dzieci odeszły od Chrystusa spochmurniałe na zbawienne Słowa Chrystusa...
Masz czas, ale czasu jest niewiele.
Żyj tak, jakbyś tego majątku już nie miał, ale nie jak fałszywy celnik - troszcząc się w istocie bardziej o swój majątek niż ludzi dokoła. Obfitość finansowa, nawet połączona z jałmużną, jest po prostu nie do pogodzenia z ewangelią. Ona nie jest kierowana do ludzi bogatych, nawet czyniących dobrze i przestrzegających Przykazań Bożych. Tacy ludzie nie otwierają Nieba wespół z Chrystusem, co jest konieczne, by się tam dostać.
Komentarze
Prześlij komentarz